(In English here)... pierwszy wywiad z serii Niech każdy tworzy, co mu w duszy gra: Alina Tyro-Niezgoda.
Do pierwszej rozmowy zaprosiłam kobietę wszechstronną, marzycielkę-buntowniczkę. Mam nadzieję, że naszymi krótkimi refleksjami uda mi się zapoczątkować cykl rozmów, w których podpytywać będziemy ciekawe osobowości o sztukę i wszelkie obwodnice z nią związane. Zapraszam. Dominika Naborowska.
Panie Przodem: Na Twojej stronie (www.wytwornia.antidotum.pl) można przeczytać: „Antidotum to substancja antagonizująca lub znosząca swoiście działanie trucizny na organizm. Truciznami dla naszej psychiki mogą być m.in.: nuda, marazm, bylejakość i brzydota otoczenia, w tym także otaczających nas przedmiotów. Nie mamy recepty na wszystko, ale antidotum na estetykę znajdziesz w Wytwórni Antidotum.” Czym zatem jest dla Ciebie estetyka?
Alina Tyro-Niezgoda: Jakością życia – tak chyba najprościej mogłabym to określić. Swego czasu żyliśmy w mieszkaniach, w których królowały meblościanki – sztampowe, choć bywało, że funkcjonalne. Dało się tak żyć. Ba! Niektórzy byli nawet dumni z posiadania tak ekskluzywnej aranżacji wnętrza, nieważne, że powielanej w większości mieszkań znajomych czy sąsiadów. Ale nawet wtedy można było ruszyć głową i oderwać się od typowości. Teraz mamy więcej możliwości i większy wybór – jest więc prościej, ale i trudniej zarazem. Od nas zależy jak sobie pościelimy, jak wykreujemy przestrzeń i otaczający nas kawałek świata – jak przez to wyrazimy siebie. Standardowo, czy może z pomysłem? Na poważnie, czy z lekkim przymrużeniem oka? Wg światowych trendów, czy wg siebie? Byle nie byle jak! Nie udawajmy, że to, co nas otacza nie jest ważne i nie warto się tym przejmować. Nasze otoczenie sprawia, że możemy żyć lepiej, ładniej i ciekawiej (z naciskiem na ciekawiej). Na wycieczkę możemy pojechać i trabantem i porsche. Mam wrażenie, że porsche byłoby ciekawiej, choć nie wszystko co ciekawsze musi generować aż tak duże wydatki!
PP: A dlaczego porsche ciekawiej?
A. T-N.: Bo szybciej! Nie nawołuję oczywiście do nadmiernej prędkości, ale pewnie znasz ten wizualny efekt, kiedy przy szybszej jeździe wszystko to, co mijamy, rozmywa się w kolorowe smugi... To ciekawe zjawisko, szczególnie jesienią... w trabancie raczej niemożliwe do zaobserwowania. Poza tym podejrzewam, że porsche byłoby skuteczniej, nie mówiąc o tym, że bardziej komfortowo. Ale być może przykład nie był fortunny, bo sugerował, że wszystko, co drogie, snobistyczne i z wyższej półki, jest lepsze, a wcale nie to chciałam powiedzieć. Lepsze jest to, co kryje w sobie choć odrobinę fantazji. Snobizm – ok, ale w dobrym guście. Snobujmy się na oryginalność, nie na zawartość portfeli. Więc jeśli trabant, to może pomalowany w kropki?
PP: Czemu nie! Wracając do kwestii estetyki – co złego ma w sobie estetyka skoro chcesz jej przeciwdziałać?
A. T-N.: Nie, to nie tak! Nie chcę jej przeciwdziałać – wprost przeciwnie. Chcę, żeby była lepsza, ciekawsza, pobudzająca do myślenia i rozważań nad tym co ładne, a co brzydkie – a dokładniej: co mi się bardziej podoba, bo pewnie dla każdego będzie to coś innego. Jeśli można przyjąć, że jest dobra i zła estetyka (a czy można? – zostawiam ten dylemat teoretykom sztuki), to jestem przeciwna tej złej, sztampowej i bezgustnej, a jestem za wszystkim, co rozwija wyobraźnię i cieszy oko. Co sprawia, że możemy poza funkcjonalnością przedmiotu (od wieżowca po widelec) dostrzec w nim coś więcej – czyjąś myśl, niebanalność, niepowtarzalność, unikalność. A przede wszystkim to, że komuś, zapewne projektantowi, chciało się zastanowić jak podejść do tematu inaczej i na nowo, na świeżo wymyślić ten sam przedmiot. Czy zastanawiałaś się kiedyś choćby nad, powiedzmy, solniczką? Jednym wystarczy jakikolwiek pojemnik z odpowiednimi dziurkami, żeby uznać, że dysponują takim sprzętem. A przecież solniczka może być prawdziwym dziełem sztuki!
Chciałabym mieć taką moc sprawczą, żeby wszystkie solniczki na świecie były niezwykłe.
PP.: Uważasz, że dzisiejsza sztuka projektowa jest estetyczna? Za estetyczna? Nieestetyczna?
A. T-N.: Moim zdaniem jest i taka i taka. Jest nawet, jak to nazwałaś, za estetyczna, czyli, jak ja to rozumiem, wydumana, przekombinowana, udziwniona na siłę i bez potrzeby. Martwi mnie to, że produkcja masowa często z estetyką nie ma wiele wspólnego. A jeszcze bardziej to, że odbiorcy często nie czują żadnej różnicy między banałem i sztampą, a naprawdę dobrym projektem. Chyba nie dlatego, że nie potrafią, tylko dlatego, że nie chce im się nad tym zastanowić. Albo przez lata byli karmieni siermiężną estetyką PRL-u i tak im zostało. Przez zawiłości naszej historii straciliśmy kontakt z tą dobrą estetyką – zabytków zostało nam niewiele, za to wyrosły domy z wielkiej płyty, którymi „kazano" nam się zachwycać. I kto by tam myślał o urodzie solniczki... Chyba tylko studenci wzornictwa przemysłowego! I oby nie przestali o tym myśleć po studiach, bo to jest nasza szansa na to, żeby nasz, polski poziom estetyczny doszlusował do światowego. Bardzo by się przydało!
PP.: Zastanawiałam się nad solniczką i nie tylko. Myślę, że jak ktoś rozumie, czym jest projekt, to dostrzega jego zastosowanie w najmniej nawet spodziewanych przedmiotach. Nie każda solniczka cieszy przecież oko. Jak myślisz, czy da się odbiorców wychować? Sprawić, by nie tylko dostrzegali sens dobrego projektu, ale i chociażby należytej za niego ceny?
A. T-N.: I tu rzeczywiście jest poważny problem. W dobie rabatów, promocji, kart lojalnościowych i panującej nam niemiłosiernie królowej ceny, gubi się wszystko inne. Wartość projektu, udział projektanta przestaje się liczyć. Lepsze jest to, co tanie. Nie mówię, że cena nie jest ważna, każdy liczy pieniądze, taka jest brutalna prawda. Ale powinniśmy zdawać sobie sprawę z tego, że bez udziału projektantów będziemy mogli kupić same estetyczne buble! Jak wiesz, z zawodu jestem architektem, często wykonuję też projekty wnętrz, np. mieszkań. To byłaby świetna robota, gdyby nie niektórzy klienci. Zapraszają do współpracy fachowca, często po to tylko, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że niczego nie trzeba zmieniać, wystarczy tylko np. pomalować sufit na granatowo. Pomysł głupi, nijak nie przystający do całości i w żaden sposób nie ogarniający złożoności zagadnienia, ale pozwalający zaoszczędzić na projekcie. Bo przecież każdy potrafi ustawić meble w swoim pokoju. Jasne! Każdy potrafi, tylko nie każdy potrafi zrobić to dobrze, żeby i wszystkie funkcje były spełnione i estetyce stało się zadość. Od tego właśnie są projektanci! U nas niestety nie są szanowani i doceniani, są za to na ogół źle opłacani, a często molestowani do wdrażania kiczowatych rozwiązań, narzuconych przez zleceniodawców.To samo jest w grafice, w reklamie. Wszędzie tam, gdzie np. Pan lub Pani Prezes wie lepiej. Czemu więc sami nie usiądą do komputera i nie zaprojektują logo dla swojej firmy, plakatu, folderu, kampanii reklamowej czy czegoś podobnego? Bo nie potrafią? No właśnie... Ale narzucają swoje rozwiązania, odmawiając wynagrodzenia projektantowi, bo to przecież był ich pomysł. Paranoja! A może każdy zająłby się tym, co potrafi najlepiej i otrzymywał za to godziwe wynagrodzenie? Czy tak nie byłoby prościej i zdrowiej? Ciągle wierzę, że to się kiedyś zmieni i uda się wychować społeczeństwo pod tym względem. Oby! Ale chyba długa droga przed nami...
PP.: Od czego proponujesz zacząć? Każdy z nas jest przecież tą skorupką, co za młodu..., – może zatem zacząć od projektowania dla dzieci? Otaczać je rzeczami interesującymi, nietuzinkowymi, zaprojektowanymi przede wszystkim dobrze?
A.T-N.: Dzieci oczywiście, ale nie tylko dzieci! Czy innych powinniśmy zostawić „na zmarnowanie”? :) Nie tylko za młodu można nasiąknąć (chociaż pewnie wtedy odbywa się to sprawniej), dlatego też mam wrażenie, że to nie powinno być działanie wybiórcze, skierowane do osób z konkretnego przedziału wiekowego (lub wybranych wg innego kryterium), ale mozolne działanie z myślą o wszystkich. Mozolne, bo musi minąć trochę czasu, zanim pojawią się efekty. Ale przyjemne, bo wszystko co (moim zdaniem) trzeba zrobić, to po prostu robić swoje – czyli projektować fajne, ciekawe rzeczy. Im więcej ich będzie tym większa szansa, że zostaną zauważone. Więc… róbmy swoje! :)
PP.: Spójrzmy jednak na Twoją biżuterię. Czy Twoje rzeczy są a-estetyczne, skoro szukasz antidotum dla estetyki?
A. T-N.: Nie wiem! Przypuszczam, że część osób tak może odbierać moje prace – jako dziwne, a przez to brzydkie. I bardzo mi to odpowiada, ponieważ jakakolwiek reakcja jest lepsza niż żadna. Ale są też tacy, którym moje wyroby się podobają (i to mi oczywiście odpowiada jeszcze bardziej), bo w tej dziwności widzą coś ciekawego, niecodziennego i zabawnego. Ja się świetnie bawię przy pracy, więc jeśli choć trochę tej zabawy i radości tworzenia odnajdą w moich pracach i inni - to to jest właśnie to!
PP.: Tworzysz różną biżuterię: bardziej i mniej klasyczną (czy w formie, czy w materiale), jak byś zatem określiła charakter Twoich prac? Czym jest dla Ciebie tworzenie?
A.T-N.: Tworzenie jest dla mnie przejawem przekory. Bo chyba jestem bardzo przekorna i coś mnie pcha do tego, żeby zrobić to inaczej, na złość utartym schematom. Z tego, z czego robić się nie powinno, albo chociaż do góry nogami. Fakt, robię różna biżuterię i wcale nie jestem wolna od standardowych rozwiązań, ale najwięcej frajdy sprawiają mi te prace, w których mogę troszkę poszaleć, pozłośliwić, czyli zrobić coś na opak, na przekór, nieszablonowo. Bawi mnie. odkręcanie kota do góry nogami. Sprawia mi ogromną przyjemność, jeśli moje intencje trafią na podatny grunt i zostaną tak właśnie odczytane – jako zabawa, przymrużenie oka i odrobina autoironii z nas samych. I jako pewien rodzaj wyzwania: „Zobaczcie! Tak też można! Co wy na to?” A poza tym tworzenie, to chwila, to nastrój, to pogoda za oknem, to stan ducha. To nagła fascynacja jakimś kolorem (o który wcześniej sama byś siebie nie podejrzewała) lub formą. I ciągłe poszukiwanie, eksperyment – co by tu jeszcze sprawdzić i zaadaptować na potrzeby danego dzieła?
PP.: Skupiając się na biżuterii, nazwijmy to poszukującej, czyli tej, która wprowadza w swoje szeregi materiały odważne, takie jak korek, papier, gąbka – co jest dla Ciebie inspiracją w tworzeniu? Skąd upodobania do szukania innych tworzyw?
A. T-N.: Upodobania – pewnie ze wspomnianej wyżej przekory. Ciągle węszę, szukam, rozglądam się za nowymi materiałami. To znaczy za tym, co już istnieje w naszym otoczeniu, ale zwyczajowo uznano, że ma inne przeznaczenie. Nie zgadzam się na takie zaszufladkowanie, szkoda życia na wtłaczanie się w sztywne ramy, wyznaczone przez innych. Zróbmy to inaczej, po swojemu, na przekór zwyczajom i tradycji. Jeśli znajdziesz taki materiał – sam Cię zainspiruje. Bo często ma dużo więcej do powiedzenia niż pozwoliliśmy mu do tej pory powiedzieć.
PP.: Jak odnajdujesz się z taką biżuterią na rynku polskim? Czy jest to rynek otwarty na nietypowe propozycje?
A.T-N.: A co na to rynek? Nie tworzę dla rynku, czyli dla masowego odbiorcy, ale dla tych, którym podoba się takie jak moje podejście do tematu. Z pewnością to nie są rozwiązania, które sprawdziłyby się w masowej produkcji. Na szczęście nie muszą!
PP.: Jaką masz opinię nt. współczesnej polskiej biżuterii? Czy widzisz postępy w kreacji? Czy jest coś, co Cię w niej interesuje, niepokoi, ciekawi, zastanawia?
A.T-N.: Nie chciałabym występować tu w roli jurora polskiej sztuki jubilerskiej, bo z pewnością nie mam do tego odpowiednich uprawnień – tylko nie pytaj, kto je ma. Jeśli jednak chcesz znać moje bardzo prywatne zdanie w tej kwestii: cieszę się, że jest różnorodność – dla każdego coś ładnego. Jeśli szukasz klasyki, zapewne ją znajdziesz, jeśli szukasz czegoś odlotowego – tym bardziej. Małe, duże, skromne, bogate – jest w czym wybierać. Ładne czy brzydkie – to już sprawa indywidualnego gustu. Nie to ładne, co ładne, ale co się komu podoba. Czasem tylko, i to mnie nieco niepokoi, widać zbyt duże zadęcie, brak lekkości i dystansu do siebie jako twórcy, puszenie się dorabianą na siłę ideologią. Proste bywa piękne, nie trzeba mu w tym przeszkadzać – świetnie obroni się samo, bez zbędnego teoretyzowania pod sztandarami wielkiej sztuki. Jeśli nawet nie będzie piękne dla wszystkich – nie szkodzi, z pewnością znajdzie zwolenników. Ale najważniejsze, że występuje zjawisko twórczego poszukiwania, w czym przodują (przynajmniej ja tak to widzę) przede wszystkim młodzi adepci sztuki złotniczej. Efekty tych poszukiwań bardzo mnie ciekawią i interesują.
PP.: Dziękuję za interesującą rozmowę.
Alina Tyro-Niezgoda – Absolwentka Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej, przez wiele lat związana z branżą reklamową. Dziś tworzy pod szyldem ANTIDOTUM wykonując projekty architektoniczne, aranżacje wnętrz, projekty mebli, a także różnorodne projekty graficzne. Projektuje przedmioty dekoracyjne oraz biżuterię, w których stosuje współczesne materiały, często dalekie od tradycyjnie używanych. I tak w biżuterii komponuje srebro m.in. z takimi tworzywami jak: plexiglass, silikon, żywice epoksydowe i korek. Niecodzienne efekty osiąga stosując surowce o odmiennych niż dekoracyjne przeznaczeniach lub zestawiając ze sobą kontrastowe materiały.
www.wytwornia.antidotum.pl
Fotografie prac Aliny Tyro-Niezgody:
0 komentarze(y):
Post a Comment