Zadaniem sztuki nie jest poszerzanie granic tego, co może być za sztukę uznane, ale zwiększenie zasobu tego, co może być przeżywane jako dobra i lepsza sztuka.

2007-11-05

Wojna złotników z koralikowcami...

...czyli dlaczego wielcy twórcy psioczą na radosną twórczość maluczkich…
baj Alina Tyro-Niezgoda

W związku z pewnym konkursem dotyczącym biżuterii, który właśnie się odbywa i w którym oceniającymi (czyli jury) są internauci, doszło do mnie nawoływanie do udziału w głosowaniu. Opatrzone było komentarzem, zawierającym m.in. takie zdanie: Dobrze by było gdyby wpływ na wybór mieli nie tylko wielbiciele tzw. nawlekanek/nawdziewanek. Zarówno to zdanie, jak i reszta komunikatu skłania mnie to refleksji, którymi chciałabym się podzielić – szczególnie w nawiązaniu do naszej poprzedniej rozmowy o tym, jak ważna jest edukacja estetyczna odbiorców (i to nie tylko biżuterii).


Uderzyła mnie bowiem, zawarta między wierszami tej informacji, lekko pogardliwa nutka. Można odnieść wrażenie, ze nawlekanki są z gruntu be, wielbicieli nawlekanek – jako pozbawionych gustu – należy neutralizować, bo (w domyśle) są tacy, którzy wiedzą lepiej. A prawda jest taka, że nawlekanki podbiły świat i od kilku już lat królują nie tylko na ulicy, ale także w magazynach o modzie. Pobłażliwe traktowanie tego zjawiska jest (moim zdaniem) chowaniem głowy w piasek. Wskazane byłoby raczej zastanowienie się nad przyczynami jego powstania.

Zauważmy po pierwsze, że nawlekanki to nie tylko proste nanizywanie na sznurek kolorowych koralików, ale cała masa sposobów i sposobików (żeby nie używać szumnego słowa technik) na zrobienie prostych, ale efektownych ozdób dla każdego. Nie znając tych metod i nie wnikając w to, jak bardzo są skomplikowane i pracochłonne oraz jakich umiejętności wymagają (czasem bardzo dużych i często niedostępnych dla fachowców od biżuterii) – nie należy ich z góry przekreślać. Nieznajomość złotniczego fachu nie jest grzechem, bo i bez tego można tworzyć ciekawe kompozycje i rozwijać wrażliwość estetyczna – i swoją i innych. A to jest ważne!

Po drugie – ta moda nie wzięła się znikąd. Jest oczywiste, że element ekonomiczny gra tu wielką rolę. Nie każdego stać na złotą kolię, ale też nie każdy musi lubić i cenić taki rodzaj biżuterii. Na szczęście mamy wybór i możemy kupić (albo zrobić sami) coś nie tylko tańszego, ale też zdecydowanie ciekawszego, z większą zawartością fantazji i luzu. To znak czasu – suknie balowe raczej wyszły z użytku, a zwykły śmiertelnik do teatru idzie w jeansach, więc i biżuteria musi się do takiego stylu dopasować. Ta na wysoki połysk (nazywając tak metaforycznie biżuterię z górnej półki) przyda się tylko nielicznym przedstawicielom wyższych sfer, pozostali wyglądaliby w niej… po prostu śmiesznie.

I po trzecie: jest również oczywiste, że aktualne trendy mody wchodzą w paradę producentom klasycznej biżuterii. Fakt pojawiania się w większości sklepów z ciuchami całej masy taniej biżuterii, może frustrować. Tym bardziej, że wśród ewidentnych kiczów zdarzają się też perełki – np. śliczne drewniane bransoletki po 19,90… Robione masowo, dystrybuowane w wielu krajach – mogą być tanie i dobrze wykonane. Nie ma sensu jednak na taki stan rzeczy się obrażać! Takie są prawa rynku i narzekanie, albo deprecjonowanie tego typu produkcji niczego nie zmieni. Bardziej wskazana byłaby analiza całości problemu i znalezienie odpowiedzi na pytanie: dlaczego szlachetna biżuteria wyszła z mody? Czy rzeczywiście cena jest główną przyczyną? A może projektanci nie potrafili zaoferować wzorów na miarę dzisiejszych czasów? Czegoś nowego, co trafiłoby do przeciętnego odbiorcy i spowodowało, że nie ucieknie w stronę nawlekanek? Może po prostu biżuteria (ta wysoka) stała się NUDNA?

Zamiast narzekać i złościć się na to, że jest tak jak jest, można zastanowić się jak wypromować szlachetną biżuterię na nowo. Jak zastosować nowoczesny marketing po to, aby ten trend odwrócić. Na tym, a nie na obrażaniu się (i obrażaniu innych) polega dzisiejsza walka o klienta.

A zawsze i tak zostaną ci, którzy czy to z racji chudego portfela czy też upodobań zostaną przy ozdobach z koralików. I bardzo dobrze, bo i dla nich powinno znaleźć się miejsce na rynku. Mam też nadzieję, że zawsze zostaną ci, którzy będą się bawić robieniem własnej biżuterii, jakąkolwiek metodą, choćby i tą nie najwyższych lotów. I świetnie! Niech estetyka, rodząca się w bólach i czasem zbaczająca na manowce, zacznie być ważna w naszym życiu!

Pozdrawiam,

Alina Tyro-Niezgoda

www.antidotum.pl
www.wytwornia.antidotum.pl

Alina Tyro-Niezgoda – Absolwentka Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej, przez wiele lat związana z branżą reklamową. Dziś tworzy pod szyldem ANTIDOTUM wykonując projekty architektoniczne, aranżacje wnętrz, projekty mebli, a także różnorodne projekty graficzne. Projektuje przedmioty dekoracyjne oraz biżuterię, w których stosuje współczesne materiały, często dalekie od tradycyjnie używanych. I tak w biżuterii komponuje srebro m.in. z takimi tworzywami jak: plexiglass, silikon, żywice epoksydowe i korek. Niecodzienne efekty osiąga stosując surowce o odmiennych niż dekoracyjne przeznaczeniach lub zestawiając ze sobą kontrastowe materiały.

15 komentarze(y):

Anonymous said...

Witaj Alino!
Wpadłem przez przypadek na stronę tego blogu, przeczytałem, i tym razem pozwolę sobie skomentować kilka Twoich zdań.

Po pierwsze – nie wiem dlaczego starasz się, chyba świadomie, szukać antagonizmów, wrzucając do jednego tygla (że posłużę się złotniczym skojarzeniem) tak różne metale, jak cyna, srebro i platyna. Przecież wiesz, że z tego nic nie wyjdzie, taki stop nie nada się do niczego. Chyba, że będziesz przekonywać do tego laików…

Podobne pomieszanie pojęć znajduję w Twoim komentarzu. Nie wdając się w szczegóły, różnice - jakie istnieją między galanterią, złotnictwem i sztuką - są podstawowe. Biżuteria może być związana z każdym z tych trzech terminów, ale będzie stanowić za każdym razem zupełnie inną jakość. Prawda?

Można tworzyć ciekawe kompozycje, uzupełniać strój dodatkami, bardzo pięknymi, ale czy to ma być kryterium dobrego lub kiepskiego złotnictwa? Nie, bo po prostu złotnictwo jest czymś innym, niż cytowane „nawlekanki”. I niezależnie od długości wywodu, tego nie zmienisz!

Mnóstwo jest ostatnio w Internecie wielce obiecujących artystów i złotników, pięknie komponujących z zakupionych linek, kryształków i nitek „dzieła sztuki”. Już nawet nie dodają „sztuki złotniczej”, piszą „sztuki”!!! Przeciw temu protestują złotnicy. Świetnie o tym wiesz... Prawda?

Zorganizowałaś bardzo cenne kursy przybliżające zainteresowanym problematykę biżuterii, podstaw projektowania, zapraszasz ciekawych wykładowców, uczysz. Ale przecież nikt nie może uczciwie stwierdzić, że prowadzisz szkołę lub uniwersytet. Prawda?

Warto może również uczciwie uświadamiać osobom zainteresowanym biżuterią i jej powstawaniem różnice między:

cytowaną już: galanterią – złotnictwem – sztuką złotniczą;
produkcją – projektowaniem – projektem autorskim;
trendem – marketingiem – indywidualną realizacją;
produktem masowym – realizacją jednostkową.
estetyką – modą - sztuką
itd...

Warto. Może zacytuję jeden z listów, który nadszedł na adres STFZ. Oczywiście bez podania autora:

>Mam na imię [...] od ponad roku wykonuję wraz z żoną biżuterię srebrną.
> Nie jesteśmy artystami(?). Ja skończyłem szkołę [...], a żona studia [...].
> Na początku wykonywaliśmy kolczyki i naszyjniki w stylu(?) handmade. Jedne
> wyroby się podobały, a inne nie. W miarę upływu czasu nabieramy
> doświadczenia i jest to coraz ładniejsze - wiele osób chwali te małe dzieła sztuki.
> Teraz tak pomalutku zaczęliśmy tworzyć coś nowego. Nie wystarczy nam już zakup półfabrykatów ze srebra i kamyków.
> Zajęliśmy się produkcją - nazwał bym to - biżuterii autorskiej. Może nie jest jeszcze to sztuka na wysokim poziomie. Ale się podoba (nadaje się do krytyki). Styl, który sobie wypracowaliśmy staje się charakterystyczny dla
> naszych prac, a jednocześnie jest niepowtarzalny. Może trochę przesadzam,
> ale internetowi krytycy pozytywnie się wypowiadają oglądając naszą
> twórczość.
>Tyle tytułem wstępu.
>Mam pytanie. Nie wiedziałem gdzie się zwrócić z tym zapytaniem. Wasze
> Stowarzyszenie wydaje mi się najbardziej kompetentne w interesującej mnie
> kwestii. Osoby, które skończyły artystyczne szkoły lub są złotnikami mają "papier"
> lub "uprawnienia" do "produkcji" srebrnej biżuterii. A co z nami "amatorami". [...] Jeśli nie jestem artystą to nie mam prawa wystawiać, a już na pewno sprzedawać swoich prac
> zainteresowanym klientom.
> Proszę mi napisać [...] jakie warunki trzeba spełniać by być "producentem" biżuterii srebrnej (również z drewna, miedzi i innych). Jeśli nie będziemy mieli przyzwolenia dla naszej działalności to wrócimy do sprzedaży sztucznej "biżuterii". Ale szkoda by zamieniać sztukę i pasję na tandetną i masówkę... Serdecznie pozdrawiam [...]


Rozumiesz Alino mętlik, jaki powstał w głowie autora listu?

================

Zastanawia mnie również Twoja chęć dopatrywania się antagonizmów tam, gdzie ich nie ma. Dlaczego piszesz: „Można odnieść wrażenie, ze nawlekanki są z gruntu be, wielbicieli nawlekanek – jako pozbawionych gustu – należy neutralizować, bo (w domyśle) są tacy, którzy wiedzą lepiej”? Czyli - to jest twoje wrażenie, ale nie fakt, choć w dalszej części już nie traktujesz tego jako „wrażenie”, tylko jako aksjomat. Taka socjotechnika wypowiedzi to już manipulacja :-( Prawda?

Piszesz, że ktoś kogoś chce neutralizować (na marginesie – jak to zrobić ???) Piszesz o obrażaniu się. Przepraszam, ale kto i na kogo się obraża? O ile pamiętam, to właśnie Ty obraziłaś się za brak rekomendacji STFZ Twojego kursu, o które wystąpiłaś, zanim się jeszcze zaczął (!). To Ty „taktownie” chciałaś wykorzystać pracę społeczną członków STFZ, aby przygotować wystawę promującą Twój kurs (przedsięwzięcie komercyjne), a gdy spotkałaś się z odmową, poczułaś się urażona (!). To Ty tworzysz nieprawdziwe klimaty „ataków” od ... no właśnie, nawet to jest niedookreślone. Członkowie Stowarzyszenia uczą na twoich kursach, sama wstąpiłaś do STFZ, o co zatem chodzi ???

Bo jeżeli to tylko „marketingowe” dowartościowywanie uczniów poprzez tworzenie „wrogów”, to be!!! Kaczorowy klimat :-(. Proszę, postaraj się być sprawiedliwa wobec innych – nie mów, że kopią, gdy nie kopią! Ale proszę też, nie ucz „młodych”, że „nawlekając” stają się złotnikami, bo to nieprawda! Prawda?

Środowisko twórców form złotniczych to grupa bardzo otwarta, chętna do pomocy, często poświęcająca swój prywatny czas, aby nauczyć, aby pomóc. Większość dzisiejszych twórców doświadczyło tego, pobierając nauki u swoich starszych kolegów, korzystając z ich doświadczenia i rad w początkach swojej drogi twórczej. Fakt, nikt nie stał się złotnikiem w ciągu 100 czy 300 godzin.
Są organizowane spotkania, wystawy, konkursy, liczne są inicjatywy skierowane do „młodych”, ot, chociażby Galeria Debiutantów, w której początkujący twórcy mogą po raz pierwszy skonfrontować swoje wyobrażenia o sztuce złotniczej z publicznością i rynkiem biżuterii. Powstają strony internetowe, fora dyskusyjne, blogi, wspólne akcje, spotkania plenerowe... Alino, nie twórz „złych emocji” w środowisku, to naprawdę niepotrzebne. Dobrze?

Uśmiechu, pogody ducha i samych dobrych emocji
życzy
Mariusz Pajączkowski

Jan said...

no cóż, nie znam zawiłości kontaktów Aliny (którą znam i lubię od wielu lat) z STFZ-etem.
miałem miłą okazję wystapić z wykładem w jej szkole, ba, mam też nadzieję wystąpić ponownie!
MUSZę jednak zgodzić się z Mariuszem.
nawlekanie paciorków na drucik nie ma nic wspólnego ze złotnictwem.
KOMPLETNIE.
a może ma dokładnie tyle, ile opisywana w moim blogu (http://zero925.blox.pl/2007/07/pierscionek-alez-to-dziecinnie-proste.html) szesnastostronicowa "książka", do "złotnictwa" Mieczysława Knoblocha.

szanuje wszystkich autorów drucikowych ozdób, wiele tych prac bardzo mi się podoba (o czym także pisałem w swoim blogu).
nawlekanie paciorków jednak, to bardzo sympatyczna moda, która niebawem przeminie jak onegdaj zamiłowanie do wyplatania makramowych ozdób ze sznurka do doniczek z kwiatkami.

peace, love and kiss.
jan suchodolski

Anonymous said...

Szanowny Mariuszu :)

Miło mi, że zechciałeś dodać swój komentarz, chocież przyznam, że jestem mocno skonfudowana ilością wątków, które poruszyłeś i które w moim umyśle nijak nie chcą się połączyć z tematem przeze mnie poruszanym :)
Jeśli pozwolisz, to dodam kilka wyjaśnień, które mam nadzieję rozwieją wątpliwości co do moich prawdziwych intencji, skoro zarzucasz mi same złe.

Po pierwsze: wyrażenie własnej opinii nie jest socjotechniką, manipulacją ani formułowaniem aksjomatów. Prawda?
Nakreśliłam temat, zadałam pytania i starałam się rozważyć problem - ze swojego punktu widzenia. Ty nazywasz to "kaczorowym klimatem"... Czyli co? :) Nie można mieć własnego zdania? To kto tu ten "kaczorowy klimat" tworzy? :)
Nie stwarzaj proszę fałszywego wrażenia, że występuję w opozycji do STFZ i jego członków, bo w przeciwieństwie do Ciebie, ani jednym słowem nie nawiązałam do tego szacownego grona! Uważam, że to z Twojej strony duże nadużycie i śmiem twierdzić, że to jest właśnie próba antagonizowania.

Po drugie: próbowałam zwrócić uwagę na pewne zjawisko, które mnie zbulwersowało, ale nie po to, żeby kogokolwiek oczerniać czy wytykać palcem. Jesteśmy w miejscu publiczym i uwagi typu "a Ty zrobiłeś/aś to, a Ty tamto" wydają mi się nie tylko niestosowne, ale przede wszystkim są nudne i niezrozumiałe dla czytelników. Ale skoro już poruszyłeś te tematy, to pozwól, że przypomnę, że nie otrzymałam odmowy na swoje (bardzo zresztą grzeczne!) pytanie o możliwość zorganizowania wystawy - w rezultacie nie otrzymałam w ogóle żadnej konkretnej odpowiedzi!
Jeśli traktujesz jako nietakt próbę nawiązania do statutowych (chyba się nie mylę?) celów STFZ, czyli do promowania młodych złotniczych "kadr", to bardzo przepraszam, że się takiego nietaktu dopuściłam! To się więcej nie powtórzy! :)
Na marginesie - jeśli dobrze pamiętam, to w swoim pytaniu sugerowałam także opcję odpłatności za zorganizowanie wystawy, więc zarzut o chęć "wykorzystania społecznej pracy członków STFZ" to już bardzo gruba przesada i wręcz nietakt.

Po trzecie: "Teraz macie możliwość internetowego głosowania na wyrób biżuteryjny, który na najbliższy rok stanie się wizytówką branży, zdobiąc okładkę Katalogu Polska Biżuteria 2008" - to cytat z portalu Polska Biżuteria, który ogłosił wspomniany przez mnie konkurs. Jak widzisz, nie ma tam słowa o złotnictwie, za to jest mowa o "wyrobie biżuteryjnym". Niezależnie więc od długości argumentacji, obawiam się - z całym szacunkiem - ze Twój wywód był nie na temat :)
"Wyrób biżuteryjny" to bardzo pojemne hasło (co sam przyznałeś) i mieszczą się w nim wszystkie wymienione przez Ciebie "gatunki" - zarówno (jak to nazywasz) galanteria, jak i prace złotnicze. Nawet "nawlekanki"! Sądzę, że celowo w ten sposób tak to sformułowano - żeby dać szansę wszystkim, którzy chcą wziąć udział w konkursie. Tak jak wszyscy, którzy tylko chcą, mogą w tym konkursie zagłosować - niezależnie od wykształcenia, fachowości i gustu. Nawoływanie więc do "nautralizacji" głosów nie-fachowców wydaje mi się próbą dzielenia ludzi, na tych "gorszych" i tych "lepszych". Tych, "którzy się znają" i tych, którzy "nie wiedzą co czynią". To właśnie jest dla mnie próbą antagonizowania i przeciw temu się oburzam. Żyj i daj żyć innym! "Nawlekacze" to też ludzie, często (co również przyznałeś) tworzą bardzo ciekawe prace, a przede wszystkim mają prawo do własnych opinii. Czemu chcesz odebrać znaczenie ich głosom???

Po czwarte i najmniej ważne: czy mogłabym sama decydowac o tym, czy jestem obrażona, czy nie? :) Dziękuje bardzo! :) Póki co nie jestem, co chciałam Ci przekazać, bo jak widzę odniosłeś i tu mylne wrażenie.

Dziekuję za sympatyczne życzenia i w całej rozciągłości je odwzajemniam.

PS. Nasi uczniowie dowartościowują się sami, m.in. dzięki swoim pracom. Samodzielnie też myślą i obserwują otaczający ich świat. Ja natomiast uczciwie stwierdzam, że prowadze szkołę - rozumiejąc przez to miejsce, w którym można otrzymać rzetelną i fachową wiedzę. Jeśli chciałbyś sam się o tym przekonać - nadal aktualne jest zaproszenie do odwiedzenia Wytwórni, jeśli tylko będziesz miał na to ochotę :)
Zapraszaliśmy też formalnie STFZ, może kiedyś odwiedzi nas "oficjalna delegacja"? Przygotuję dobrą kawę i ciasteczka! :)))))

Pozdrawiam serdecznie :)
Alina Tyro-Niezgoda

Dominika Naborowska said...

Jako osoba z zewnątrz sporu powiem, ze rzeczywiście wątek STFZ jest niezrozumiały, polecam omawianie go na priv :)
Co do reszty, to Wytwórnia szkołą dla mnie jest i nie rozumiem, czemu miałoby być inaczej. Nie wnikam w statuty, formalności etc.
Osobiście z biżuterią zetknęłam się dawno, zaczynając zainteresowania od koralików i ich nawlekania. Ale właśnie próbując dostrzec wśrod różnych małych nieprofesjonalnych dziełek także ciekawych pomysłów, zalążków ciekawego podejścia do materii czy formy, zrobiłam na Paniach Przodem Top45Turu, czyli przegląd internetowych galerii Decobazaar i Wylęgarnia. Do tego, co jakiś czas, zamieszczam dziełka z Etsy, które jest podobna formułą, lecz zagraniczną. Mimo że rzeczy tam prezentowane przedstawiają może niższy poziom techniczny, to nie znaczy, że są całkiem do odrzucenia. Wyszukuję takie ciekawostki, choć jak widać na PP nie tylko takie koralikowe i nawlekane, gdyż uważam, że twórcom koralikowym często brakuje możliwości nauczenia się profesonalnego wykonywania biżuterii, mimo że może i by chcieli. W Polsce profesjonalna biżuteria nie jest ani doceniana ani specjalnie popularna, wyprzedza ją znacznie H&M i koraliki. Rozmawiałyśmy wcześniej z Aliną o tym, że to kwestia braku edukacji w tej kwestii.
Nie rozumiem jednak mówienia, ze coś jest be a coś nie, bo jednak, czy wszystko nie opiera się przede wszystkim na pomyśle? Poproszę sponsora dla 10 osób wybranych z Decobazaar i innych galerii, a gwarantuję, ze nauczeni fachu i techniki, zrobili by prace, o które nie są posądzani.

Anonymous said...

Jasiek! :)

I tu wszyscy jesteśmy zgodni: nawlekanie koralików nie ma wiele wspólnego ze złotnictwem.
Ale jest też twórczością! Lepszą czy gorszą - to już niech każdy oceni wg swojego gustu, przy czym zawsze warto się opiniami wymieniać.
"Nawlekanie" to zresztą mylące określenie - staram się zwrócić uwagę na to, że wśród nie-złotniczych prac jest wiele arcydziełek, więc nie mówmy tylko o nanizywaniu szklanych paciorków na nitkę!!! Weźmy pierwszy lepszy przykład z Twojego bloga: "Anything hides a good form". O ile mnie wzrok nie myli, ze złotnictwem to się mija o lata świetlne. A mimo to jest ciekawym pomysłem. Może się podobać lub nie - to już inna sprawa. Ale jest! - z pewnością inne i z pewnością oryginalne.
Ja o tym mówię! :)

Moim zdaniem lepiej, żeby twórczość kwitła, bo może zaowocować. Skazywanie jej z góry na bycie "gorszym sortem" nie przysłuży się owocom. Od czegoś trzeba przecież zacząć. Przypuszczam, że nawet Picasso w szkole rysował domek z płotkiem i drzewkiem :)

Więc, żeby było jasne - ja nie twierdzę, że to jest to samo i w dodatku nie o tym był mój pierwotny post. Raczej o tym, żeby nie "tępić maluczkich". I jeszcze o tym dlaczego biżuteria wysokiej próby (że się tak górnolotnie wyrażę :)) przeżywa drobny kryzys (a może wcale nie drobny, nie wiem :))
Można się oczywiście z moimi przemyśleniami zgodzić lub nie, być może są całkiem głupie - dopuszczam taką możliwość :)
Mam jednak nieśmiałą propozycję, żeby w miarę możliwości rozmawiać NA TEMAT :) A ewentualną odmienność opinii przyjąć jako coś naturalnego i - wbrew pozorom - konstruktywnego.

Uściski! :)

PS. Na Twój wykład czekamy z niecierpliwością i już "ostrzymy sobie zęby" na dużo ciekawostek i Twój niebanalny sposób narracji! :))))

Anonymous said...

Witam ponownie!

Zdaje się, że dyskusja zmierza w długie wywody, zatem postaram się krótko:

Alino:
1. Rozumiem Twoją reakcję, znam technikę „odbijania piłeczki”, przez lata grałem w tenisa, ale tu chyba był out. Nie ja wylałam wino, to ty wylałeś wino! Tak?
2. Proszę, przeczytaj jeszcze raz tytuł swojej wypowiedzi. Definiuje on Twój pogląd? W drugim poście piszesz, że „wyrażasz własną opinię”. Zatem nie pisz, że jest moją !!!
3. Nie... mijaj się z prawdą. Czy mam zacytować pełną treść maila, który otrzymałaś w odpowiedzi na prośbę o rekomendację?
4. Kaczorowy klimat: to niemożność pracy i rozwoju bez poszukiwania „wroga” lub definiowanie własnego miejsca poprzez nieuprawnione tezy. Tak to rozumiem.
5. I jeszcze: nie próbuj stworzyć mylnego wrażenia, że ktoś „atakuje nawlekanki”. Żyjemy w wolnym kraju, każdemu wolno. ALE NIE PRÓBUJ MIESZAĆ TYCH CZĘSTO UROCZYCH KOMPOZYCJI - ZE ZŁOTNICTWEM ! (vide: post Jaśka). Bo to tworzy nieporozumienia. Rozumiem, marketing... Jak można przeczytać w kolejnym poście, Dominika jest pewna, że Wytwórnia jest szkołą. Przypomina się casus Akademii Multimedialnej z Gdańska. Przeciw manipulacji słowem zawsze wielu będzie protestować i nie znajdziesz zgody na to, że kurs - jest szkołą, nawlekanie – złotnictwem, słaba praca ucznia – przedmiotem artystycznym, itd. Mówmy prawdę! Wiem, że kreowanie terminów jest podstawą „marketingu”, ale dyskutując o złotnictwie dajmy spokój figurom retorycznym adresowanym do tłumów.

Dominiko:
1. Po pierwsze wspaniale, że powstało nowe miejsce, w którym można porozmawiać o biżuterii. Tak trzymaj!
2. Piszesz: uważam, że twórcom koralikowym często brakuje możliwości nauczenia się profesjonalnego wykonywania biżuterii, mimo że może i by chcieli. Nic nowego. Złotnicy zaczynający swoją przygodę z biżuterią w latach 70-tych czy 80-tych mieli ten sam problem, a nawet dużo większy: nie było internetu! Aby zobaczyć dzieła innych, trzeba było szukać materiałów w bibliotekach, jeździć na wystawy do innych miast, nieliczne katalogi z „zachodu” docierały w pojedynczych egzemplarzach... Pomysł sponsora dla 10 osób nikomu nawet nie wpadł do głowy. I tak – trochę na zasadzie darwinowskiego doboru naturalnego – złotnikami stawali się ci, którzy byli najzdolniejsi, najbardziej konsekwentni, najambitniejsi. Oraz Ci, którzy potrafili współpracować. Było i jest nas za mało, abyśmy konkurowali „na rynku”. Przy okazji zapytaj Jaśka, Marcina czy Piotra – jak było.
3. I nie dziw się, że niektórzy protestują przeciw temu, że „młoda, zdolna, manualna”, po kilkudziesięciogodzinnym kursie, pisząca o sobie „artystka”, o swoich kolczykach „sztuka” – budzi śmiech lub irytację. Nie bierz tego osobiście, Ty działasz „do przodu”, przykładem choćby blog, będący miejscem tej wymiany zdań, ale poczytaj autoprezentacje na internetowych stronach z nawlekankami!

Jeszcze raz proszę! Pracujmy zgodnie, każdy jak potrafi, nie twórzmy konfliktów i nieporozumień na siłę, mówmy prawdę, nie „ściemniajmy” !!! Nie ma „gorszego sortu”, jest po prostu „sort inny”. Mieszanie kanapek z herbatą na talerzu jest chyba niewłaściwe.

Ok, wystarczy, z serdecznymi pozdrowieniami
Mariusz Pajączkowski

Jan said...

hej,
no więc "biżuteria wysokiej próby" nie przeżywa żadnego, ARTYSTYCZNGO kryzysu, o czym możesz przekonać się chociażby z mojego nowego postu, który pojawi się w poniedziałek w moim blogu.
możemy jedynie mówić o pewnych ekonomicznych kłopotach wynikających z wielu przyczyn, a między innymi z popularności przeróżnej taniej tandety typu "brigide bijoux", "H&M", a także większość nawlekanek.
mówisz, że znasz przykłady ciekawych pomysłów takich prac? zgoda, ja też, ale na jeden Twój pozytywny przykład, znajdę 1000 "na nie", hm?
oczywiście masz racje, wolnoć tomku.. żyjemy (od kilkunastu dni) w wolnym kraju i nikt ABW nie będzie wysyłał na nawlekaczy, więc wydaje mi sie, że niepotrzebnie widzisz jakiś konflikt.

nikt jednak nie może odebrać mi prawa odróżniania (chociażby na własny użytek) wyrobu czekoladopodobnego od czekolady).

co do "Anything hides a good form" to jesteś w tak zwanym mylnym błędzie, te przedmioty posiadają coś, co ja nazywam "wartością dodaną przez artystę", ponieważ są biżuterią, są więc dziełem sztuki złotniczej.
szklane paciorki na "druciku z pamięcią" ( 3 zylca za 5 metrów na allegro) mają dodaną jedynie energię wytworzoną przez spalanie batona mars.
oczywiście zastrzegam kolejny raz! znam przykłady ciekawych, paciorkowych pomysłów, więc autorzy tychże nie muszą czuć się dotknięci!
pozostaje jednak jeszcze 99% tych "wyrobów".

rozumiem natomiast osobiste powody, które determinują Twój punkt widzenia. szanuje je.

pozdrawiam i całuję.

jasiek

Dominika Naborowska said...

Mariuszu! [i Wszyscy:)]

1.Co do mojego postrzegania Wytwórni jako szkoły: wytłumaczyłam, że nie ma to nic wspólnego z formalnościami czy statutami. Dla mnie szkoła, choć mam ich parę za sobą i polskich i zagranicznych, romantycznie może kojarzy się przede wszystkim z atmosferą przekazywania wiedzy i poziomem tej wiedzy. Może nie jestem osobą najbardziej kompetentną do oceniania poziomu wiedzy, jaką prezentuję Wytewórnia, bo się dopiero uczę, i chłonę tę wiedzę jedynie. Ale naszukałam się takich miejsc jak Wytwórnia i w zestawieniu z tym, co znalazłam, co jest dostępne w Warszawie, Wytwornia jest zdecydowanie najlepsza. Poza tym jest nie tylko "ławką, dzwonkiem i przerwą", ale wlasnie możliwością rozmowy z wieloma ciekawymi osobami, dowiedzenia się dzięki ich wykładom rownie interesujących rzeczy, poznania trochę świata poprzez zaproszenia na targi, wystawy czy inne akcje. I to jest niezastąpione. Ale nie chcę tu chwalic Wytworni bo nie o tym ma być :) Pytanie moje do Ciebie, Mariuszu, – czemu Wytwórnia nie jest szkołą? I w jakim znaczeniu?

2.W pełni rozumiem Twój brak akceptacji "sztuki", "artystek" po "kilkugodzinnym kursie". Mogę swoje zainteresowanie "nawlekankami" podzielic tak: sztuka to dla mnie przede wszytskim pomysł (może się mylę, jeśli tak, poprawcie mnie) – od niego się wszystko zaczyna. Zgoda, ze dla chcącego nic trudnego i nie trzeba nawlekać gotowcow na nitki, tlyko nawet nie będąc złotnikiem, probować innych materiałów niż dostępne w Empiku (mi chociażby ASP udostępniło wiedzę z zakresu grafiki warsztatowej, stąd byłam w stanie na długo przed Wytwórnią, trawić miedziane blaszki na balkonie i robić z nich trawione dziwadła). Tu się zgadzam. Sama zawsze dążyłam do zdobycia wiedzy z zakresu złotnictwa, gdyż było to dla mnie sednem bizuterii w jej klasycznym znaczeniu. Ale nie można też mówić, ze wszystko, co zawiera koraliki i jest nawlekane, jest złe. Bronię pomysłu jako podstawy kreacji, bo nie wszystkie nawlekanki muszą być nawlekankami w złym tego słowa znaczeniu, czyli zero kreatywności, prawda? Mogą reprezentowac poziom techniczny niższy niż złotnictwo w znaczeniu klasycznym.

Cała ta dyskusja opiera się tez na przeświadczeniu, ze złotnictwo jest tą wyższą biżuterią (nie czepiajmy się terminologii, każdy wie, o co kamon). A co powiesz, Mariuszu, o tym – http://blog.panieprzodem.pl/2007/10/papiery-wartociowe.html – przecież to "tylko papier", a jednak sztuka, czy może nie?

pozdrawiam, Dominika Naborowska

Jacek A. Rochacki said...

Dzień dobry:

Po zapoznaniu się na skutek sugestii Jaśka Suchodolskiego z tym wątkiem, oraz z poprzednim postem Pani Aliny, w tym z obrazkami Jej prac, nasuwają mi się dwie refleksje:

1. Cały przebieg sprawy tchnie szczerą, gorącą motywacją. I to jest wartość sama w sobie, to bardzo dobrze :)

2. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że tak Autorka jak i Respondenci może nie za bardzo pamiętają "Biblię Złotniczą", czyli książkę-podręcznik Oppiego Untrachta: "Jewelry Concepts and Technology", Doubleday, USA, 1982. Tamże na stronach bodaj 11 i 12 (przepraszam, piszę z pamięci z dala od części swej biblioteki) są opisane i zaprezentowane w formie graficznej nazywanej przez Autora "Mandalą złotniczą" oraz "Walnym Zjazdem Wielkiej Rodziny Złotniczej" najróżniejsze kategorie biżuterii, podejścia do tematu oraz sposoby uprawiania "biżuternictwa".

Wszak każdy ma swoje miejsce w szeregu...

Z miłymi pozdrowieniami

Jacek A. Rochacki
jar/at/webmedia/dot/pl

PS. A rozważania na temat rzemiosła, sztuki, (tu trzeba by wejść w aksjologię, a i w epistemologię - komunikacyjna funkcja dzieła sztuki), produkcji, mody, rynku AD 2007, to chyba temat na dobre kilka wątków. Już nie wspominam o złotnicywie artystycznym, w którym jedną z tradycji historycznych jest wielka swoboda w stosowaniu najróżniejszych materiałów. Szczególnie jest to widoczne od tzw. rewolucji lat siedemdziesiątych XX wieku, wprowadzenia papieru (np. David Watkins), koronek, tkanin, etc, itp.

Anonymous said...

Mam wrażenie, że dyskutujemy, jednocześnie nie słuchając (w tym wypadku czytając) innych... :(
Dlatego słowa Mariusza zostawiam bez komentarza - nie zdołam przekonać nikogo, kto feruje wyroki, nie starając się nawet zobaczyć na własne oczy o czym właściwie rozprawia (nawiązuję do punktu nt. szkoly).

Zacytuję natomiast fragment mojego własnego maila, który niektórzy z dyskutantów otrzymali na priv w całości:
"Osobiście uważam, że tzw. nawlekanki (z braku innego określenia) to często pierwszy etap, wstęp do osiągnięcia wyższego stopnia wtajemniczenia. I bardzo mnie cieszy, jeśli widzę, że ktoś PRÓBUJE (zaczynając od rzeczy najprostszych), zaczyna tworzyć i kreatywnie sie rozwijać. Czasem z sukcesem, czasem nie, ale taka próba to i tak bardzo dużo! Żyjemy w kraju, gdzie estetyka, ze względu na trudne dzieje, mocno podupadła, więc każdy przejaw zainteresowania nią jest dla mnie ważny i cenny. Nawet nieudany przejaw! Bo chciałabym, żebyśmy - jakkolwiek górnolotnie to zabrzmi - żyli w ładniejszym otoczeniu, wśród ludzi, którzy cenią estetyczne wartości i potrafią mieć własne zdanie na temat tego co im się podoba, a co nie. Taka sytuacja z pewnościa nie zaszkodziłaby prawdziwemu złotnictwu, a może pomóc.
Wszyscy wiemy, że złotnictwo i "nawlekanki" to nie to samo. Sugestia, że ja traktuję oba te rodzaje twórczości tą samą miarą, jest niesłuszna. Niemniej oba traktuję jako twórczość - jeden jest wg. mnie jej mniej lub bardziej dojrzałą formą, drugi - pewnym etapem na drodze twórczej. Jeśli nawet nie zawsze taka teoria sprawdza się w praktyce, to jednak naczelną dla mnie zasadą jest popieranie KAŻDEGO przejawu twórczości, a nie jego deprecjonowanie".
Tyle z mojej strony w temacie głównym. Jeśli i tym razem nie zostanę zrozumiana - przyjdzie mi się chyba poddać, bo ile razy można powtarzać to samo? :)

A teraz do Jaśka :)
Nie wiem jak to jest z tym mylnym błędem :) Definicja, która mówi o tym, że dzieła sztuki złotniczej to te prace, które zostały wykonane technikami złotniczymi i przy użyciu narzędzi oraz materiałów stosowanych w złotnictwie (czyli przede wszystkim metali szlachetnych), jest prosta, czytelna i wg. mnie słuszna. W takim rozumieniu praca, o której mówimy NIE JEST pracą złotniczą, chyba się ze mną zgodzisz? W takim razie Twoje zdanie "ponieważ są biżuterią, są więc dziełem sztuki złotniczej", rozpatrywane przy użyciu logiki, zawiera wspomniany mylny błąd, chociaż de facto jest wodą na mój młyn, dzięki :)))) W dodatku z formalnego punktu widzenia ta praca jest(tak mi się przynajmniej wydaje, chociaż w ręku jej nie miałam) "nawlekanką"!
Ale spoko, nie czepiam się słów! :) Ważne, że jest w tym to "coś", to co Ty nazywasz "wartością dodaną". To jest rzeczywiście najważniejsze, niezależnie od tego, czy zaklasyfikujemy daną pracę do złotnictwa czy nie. I o to mi właśnie chodzi.
Jeśli w całej masie kiczu pojawi się chociaż jeden "diamencik", to warto nawet, żeby te kicze powstawały. Tak sądzę.
I na marginesie: jeśli kwestia kryzysu wiązała się z moim poprzednim postem, to nie pisałam o kryzysie artystycznym, tylko właśnie tym, który opisujesz.

I na koniec: pozdrawiam serdecznie Pana Jacka Rochackiego! :)
Wszystkich pozostałych oczywiście również :)

Alina Tyro-Niezgoda

Jan said...

dziękuję wszystkim i wypadam z tej dyskusji.

na koniec powiem tylko, że w twórczości liczy się tylko coś, co ja nazywam "wartością dodaną" (przepraszam, żę się powtarzam). nie decyduje więc materiał, technika, czy też pracochłonność lub czasochłonność wykonania. nieistotne sa też sprawy zwiazane z nazewnictwem (złotnictwo, nawlekactwo, makramiarstwo, projektowanie biżuterii...etc)

ale jednak 99%... prac powstałych w wyniku nawleczenia kupionego elementu na zakupiony drut jest tandetą i nie ma żadnej "wartości dodanej".

(oczywiście wielka część "tak zwanej biżuterii" wykonywanej przez złotników posiada także artystycznie wątpliwą "wartość dodaną")

powiem jeszcze, że jest mi wszystko jedno co, kto, kogo i jak nomenklaturowo zakwalifikuje,
każdy nawlekacz czy też złotnik ma prawo nazywać siebie na swoją odpowiedzialność projektantem biżuterii (i na odwrót), co mi tam.

i mogę się jedynie uśmiechnąć, opowiadając wam jeszcze taką historyjkę:

guglowałem frazę "zero925" aby poszukać linków do mojej galerii i różnych "zewnętrznych" żródeł informacji jej tyczących.
wyguglowałem na jakimś forum dyskusję "artystek nawlekających" o cenach w zero925.
no więc zgodna opinia Pań złotniczek była taka, że powinny natychmiast podnieść ceny swoich wyrobów, bo to nie jest sprawiedliwe, że naszyjnik Suchodolskiego kosztuje 1599 zylca (dodam, że oprócz "olbrzymiej i unikalnej urody", zawiera prawie 200 gramów srebra i jest wart tej kwoty), natomiast naszyjnik autorki postu kosztuje w "wylęgarni" dramatycznie mniej, a ona przecież takie piękne kamyki kupione w "armie" nawlekła.
na forum zapanowała rewolucyjna aprobata (przegonić tych suchodolskich)..a w mojej duszy wesołość.

a wszystko to ku chwale polskiego złotnictwa.

Gdybym to właśnie ja prowadził szkołę, kurs, wolną złotniczą akademię, uniwersytet srebra i złota, pomaturalne studium pierwszej złotniczej edukacji, czy co tam bądź, jak kto woli,
powiedziałbym tak:
przyszła moda na nawle.. (tfu) biżuterię hand made, a ja, koledzy, wykazałem się niesamowitym refleksem i zarabiam na tym pieniądze.

bo przecież też o pieniądze chodzi, gdy nie wiadomo o co chodzi. jak zwykle.
i nic w tym złego.


wszystkim zdrowia szczęścia pomyślności.
jasiek.

Anonymous said...

Jasiek, nie wypadaj!
Dobrze mówisz! Podpisuję się rękami, nogami i czym jeszcze można!
Większość z nas mówi dokładnie o tym samym, tylko innymi słowami. Więc NIE MA KONFLIKTU!
Co mnie tylko cieszy :)
I tym miłym akcentem...
pozdrawiam :)

Alina Tyro-Niezgoda

Anonymous said...

I tylko jeszcze małe sprostowanie do poprzedniego zdania, bo zapomniałam dodać:)
Pod wątkiem Jaśka o kasie podpisuję się tylko połowicznie, bo chociaż kasa ważna jest i basta, to nie tylko ona się liczy.
Ale to już naprawdę na marginesie i tylko dla porządku.
Pozdrawiam jeszcze raz :)

Alina Tyro-Niezgoda

Kasia said...

Nie ma sensu się oburzać. Widać, że chodzi o wszechobecny BIZNES. Gdyby nie chodziło głównie o pieniążki, nie byłoby agresywnych wypowiedzi ani narzekania na pracę innych. Bo przecież każdy wkład w projektowanie czy tworzenie jest pracą wymagającą szacunku! A ostatecznie i tak klient decyduje, którą biżuterię kupi.

Jeżeli twórcy - amatorzy (że się tak wyrażę) tworzą coś dla satysfakcji i dla takiej samej satysfakcji tworzą złotnicy, to nie rozumiem o co ta "wojna"... Druga sprawa - co komu przeszkadza jak się kto nazywa? Język polski ma tak wiele słów, że z pewnością każdy znajdzie coś dla siebie. I obejdzie się bez kompleksów.

Lepiej niech każdy zajmie się swoim biznesem, ulepszaniem swoich dzieł i dawaniem satysfakcji odbiorcom. Bo z punktu widzenia klienta wygląda to bardzo nieładnie. Klient nie decyduje o tym jaki kto ma tytuł, ile wyróżnień, dyplomów itd. Klienta interesuje wyłącznie biżuteria. Zatem warto przekonać go, że akurat "nasza" jest warta zakupu. PROSZĘ PAMIĘTAĆ, ŻE TAKIE POLEMIZOWANIE O TYM KTO JEST LEPSZY, WCALE NIE ŚWIADCZY O DOJRZAŁOŚCI!

Zalecam więcej szacunku do wkladu pracy i do siebie nawzajem oraz oczywiście uśmiechu. ;)

Pozdrawiam bardzo serdecznie.
Kasia :)

jacekw said...

o przegapiłem fajny temat..nawlekac każdy może trochę lepiej lub trochę gorzej i właśnie nie o to chodzi jak co komu wychodzi.nie ma żadnej wojny bo nie ma z kim walczyć.prawdziwy samuraj walczy tylko z samurajami i tyle.myślę że tak zjednej jak i drugiej strony są ludzie którzy bardzo chcą ale im zawsze jakoś takie podobne wyjdzie jak i obdarzeni talentem tylko lepiej lub gorzej poinformowani.temat dobry akurat teraz przy tym porównywaniu :)