Zadaniem sztuki nie jest poszerzanie granic tego, co może być za sztukę uznane, ale zwiększenie zasobu tego, co może być przeżywane jako dobra i lepsza sztuka.

2008-02-19

Wrażenia



Witam wszystkich już nie na pół gwizdka po przerwie, po weekendzie mam nadzieję, że nie tylko dla mnie – pełnym wrażeń.
Zapowiadane:
Targi Inhorgenta Europe 2008 (35. Międzynarodowe Targi Wyrobów Zegarmistrzowskich, Biżuterii, Kamieni Szlachetnych, Pereł i Wyrobów ze Srebra oraz Technologii) w Monachium to na pewno ciekawe doświadczenie z wielu względów i punktów widzenia. I to niezależnie zapewne, czy jest się odwiedzającym podglądaczem, stawiającym pierwsze kroki zielonym, czy doświadczonym w projektowaniu/wykonywaniu biżuterii wyjadaczem, czy też kieruje nami potrzeba nabycia narzędzi, kamieni, opakowań, czy np. inspiracji z macania prac innych.
Inhorgenta to duże przedsięwzięcie, wiele hal podzielonych tematycznie, ogromna ilość stoisk i nieprzypadkowych (teoretycznie) wokół nich ludzi. Teoretycznie, gdyż te targi, jako impreza zamknięta dla ludzi z branży, ma na celu zgrupowanie osób na podobnym poziomie zainteresowania tematem biżuterii w jednym miejscu. Lecz tak, jak poziom zainteresowania mierzą przynależnością do konkretnej instytucji obracającej się w temacie, tak ciekawostką dla mnie pozostają kryteria podziału stanowisk konkretnych autorów/firm między hale tematyczne. Hala, na której się skupiłam, C2, z tzw. biżuterią artystyczną, która, pomijając kwestie nomenklaturowe, miała skupiać prace w moim rozumieniu wychodzące poza gust przeciętnego odbiorcy, który lubi rzeczy ładne. Ku mojemu zdziwieniu, było tam jednak wiele stanowisk prezentujących biżuterię przeciętną, trącającą czasem kiczem, czasem ewidentną chęcią sprzedaży, a nie poszukiwaniem nowej drogi. Do tego opinie wytrwałych bywalców tych targów, iż nic nowego nie zobaczyli w tym roku, nieco schładzają mój entuzjazm.

Pomijając jednak ten lekki misz-masz, doznałam kolejnego zawodu: nic, bądź prawie nic, nie powaliło mnie na kolana. Było parę stoisk (jak np. prezentacja Szkoły w Pforzheim), do których wracałam, by ponownie przyjrzeć się tym samym pracom. Żadna jednak nie sprawiła, że zobaczyłam coś innego, coś, co mnie zaskoczyło, co by namówiło do innego myślenia. Owszem, było kilka prac ciekawych, z ciekawych tworzyw – brakowało mi w tym jednak nie tylko różnorodności, ale i odwagi.
W związku z tym, wizyta na targach wydaje mi się nie tyle iwentem kierowanym chęcią rozwoju, a zdobywania kontaktów i pokazywania się. Co oczywiście też ma swoje uzasadnienie. Ale przydałoby się zbalansować przeciwwagę.

Nie mniej jednak polecam na pewno tym, którzy jeszcze nie byli.

3 komentarze(y):

zero925 said...

w nazwie imprezy jest słowo "targi", to wiele wyjaśnia.

Dominika Naborowska said...

i tak i nie. Chociaż napisałam, że w swoim głównym zamierzeniu sie sprawdzają bardzo dobrze. Czyli w byciu targami.
Misz-masz to jednak chyba lekki wypadke przy pracy, bądź sprawa tak subiektywna, że nie dało się inaczej.
Osobiście mi tam czegoś brakowało, bo, jak wspomniałam, biżuterii autorskiej trochę tam można było uświadczyć, ciekawej niekiedy bardzo. Ale czy słowo "targi" wyklucza oryginalność prezentowanych prac? No, chyba nie.

Jacek A. Rochacki said...

- widzę z relacji naszej Gospodyni, że jest normalnie, czyli: nic się w imprezach targowych nie zmieniło. To nie znaczy, że należy takie imprezy z definicji omijać. To znaczy, że dobrze jest zapoznać się z istniejącymi formami istnienia publicznego, i świadomie wybrać dla siebie to, co najbardziej nam odpowiada.

Autorka porusza problem oryginalności prac. Pragnę zwrócić uwagę na cel istnienia imprez targowych i w nich uczestnictwa. Oryginalność prezentowanej pracy będzie tu miała sens o tyle, o ile przełoży się na sukces w kategoriach targowych, czy szerzej - w dziedzinach życia, których częścią są imprezy targowe. O oryginalności świadczyć zatem będzie mierzalny profit materialny - no, bo taki jest wszak cel cywilizacji rynku.

To samo zresztą napisał lakonicznie Jaś Suchodolski.

Jak zawsze

Jacek A.R.